wtorek, 12 marca 2013

Gwiaździsto, szablonowo!

Jak widzicie na My Worldzie także zawitał szablon prosto z zaczarowanych szablonów, tym razem autorstwa rewy, która niestety już nie należy do załogi, ale jej piękne szablony zostały, za co jej serdecznie dziękuję. Te gwiazdy i śliczna dziewczyna w suknie zdecydowania do mnie przemawiają, a do was? Tak jak na My Worldzie i tutaj zapraszam do komentowania nowego wystroju :-) Pozdrawiam!

,,Lwica i Baranek" - wiersz bardzo amatorski

Po dłuższej przerwie spowodowanej brakiem weny, postanowiłam dodać wiersz, napisany przeze mnie już chyba ponad rok temu, jest to mój pierwszy utwór poetycki, więc proszę o wyrozumiałość... Pozdrawiam!


,, Lwica i Baranek "


Pewnego razu, na mglistej polanie,
Mały baranek zgubił swą mamę.
Skakał, biegał i fikał koziołki,
Czujność starciły jego aniołki.
Nieupilnowały i niedopatrzyły,
Jak mały, oddala się coraz bardziej,
Od swojej baraniej matki.
Mama szukała, głośno wołała,
I z bezradości cicho łkała.


A tym czasem mały baranek,
Nieświadomie młknął coraz dalej.
Głupie zwierzę pomyślałby kto,
Że tak małę uciekło od matki.
Brykał sobie po lesie wesoło,
Zataczając to zygzak to koło.


Nie zobaczył nawet,
Że w głębi lasu,
Wróg się ukrywa. Jeden szelest,
Baranek nie zważa,
Błyska oko, nie zauważa.
Coraz bliżej, coraz gorzej.


Wtem skok lwica potężny wykonuje,
Wie, że nic nie ryzykuje.
Jeden ruch łapą i wbicie pazurów,
Triumfalny ryk niby śmiech.
Baranek zmieszany, nic nie rozumie.
Czemu zła pani go atakuje?


Jedno spojrzenie, odżywiają wspomnienia.
O czymś co utraciła,
Przez hienę pożarte.
Wyblakłe, stare wspomnienie,
Choć równie bolesne, krwawe,
Jak za tego pamiętnego dnia.


Zmiana roli, obrót o 180 stopni,
Lwica już nie atakuje,
Baranek się nie boi.
Lwica odchodzi,
Baranek za nią podąża.
Odpycha raz, drugi,
Idzie dalej, za lwicą goniąc
Na patykowatych nogach.


Lwica staje i się kładzie.
A baranek koło niej miejsce zajmuje.
Ona go nie odgania,
Pożreć nie próbuje.
On nie ucieka,
Tylko się jej miękką sierścią raduje.
Tak stała się rzecz niemożliwa,
Lwica swego ciepła,
Barankowi użyczyła.

piątek, 4 stycznia 2013

Niebieskooka

Witam, czołem, hej! Dzisiaj wzięła mnie wena, a więc przedstawiam wam jej owoce: może nie najdłuższe opowiadanie o oceanie i jego tajemnicach. może keeeeedyś doczeka się kontynuacji... A i tak wogule choć nie ma tego w tekście, ale kiedy go pisałam, wyobrażałam sobie, że główna postać ma na imię Bleur albo Gea. To tak w roli wyjaśnienia. Przepraszam za kolejne zaległości, ale a to pogrzeb, a to wypad do rodziny, oraz gorączka, sprzysięgły się przeciwko mnie, aby pozbawić mnie możliwości dodania nowego posta. A więc, panie i panowie, przedstawiam wam ,,Niebieskooką"!


,,Niebieskooka”

Skaczę do wody. Czuję jak przed chwilą jeszcze gładka tafla uderza mnie w twarz, a moje ciało powoli zanurza się w błękitnej otchłani. Otwieram oczy. Przyjemny dreszcz przebiega po całym moim ciele. Przyjemne ciepło powoli się rozpływa, rozciąga, obejmując całe moje ciało. Tylko tutaj czuję się dobrze. Tylko tu jestem bezpieczna. Po wodą. Gdybym mogła, zostałabym tu na zawsze… Jestem dziwna. Ale tylko tutaj nikt mnie nie znajdzie, moje nerwy zyskują ukojenie. Powoli płynę coraz głębiej. Rozkoszuję się tym jak woda pieści moją skórę, jak wielokolorowe ryby muskają moje ciało. Uśmiecham się radośnie. Oddalam się coraz dalej od domu… Jakiego domu? Tu jest mój dom. Pośród fal i ryb, przy rafie koralowej, wśród delfinów. Odpływam coraz dalej, mając nadzieję, że już nigdy nie będę musiała stąpać po ziemi. Jestem stworzona do pływania, nie do życia na ziemi. Nawet od strony fizycznej. Od zawsze byłam drobna i szczupła co pomagało mi szybciej się poruszać pod taflą wody. Podobno, nawet wyglądam tak delikatnie jak ryba. Niebieskie oczy, blond fale spadające kaskadą na plecy… Zanurzam się jeszcze bardziej. Co jakiś czas chwytam oddech, ale coraz rzadziej. Widzę kilkaset maleńkich, tęczowych rybek płynących żwawo obok mnie. Przyspieszam tępo i wpływem prosto w całą ławicę. Okręcam się i śmieję, pogrążając się z nimi w podwodnym tańcu. Małe rybki pływają wokół mnie, co chwila trącając mnie delikatnie swoimi maleńkimi płetwami, a ja odpowiadam na to zaczepnym muskaniem ich wielokolorowych łusek. Co chwila widzę w nich inny kolor. Raz są czerwone, innym razem przeważa w nich zieleń. Czasami mienią się kilkoma kolorami naraz. Wzdycham radośnie i przymykam oczy. Wyobrażam sobie, że zostanę tu już na zawsze. Będę tak dryfować w nieskończoność. Wyciągam ręce i otwieram oczy. Stadko rybek wciąż energicznie krąży wokół mnie. Zmieniam pozycję i przyspieszam tępa. Rybki podążają za mną. Wreszcie docieram do tego miejsca. Do rafy koralowej. Mnóstwo kolorowych roślin i setki ryb stają mi przed oczami. Zanurzam palce w przeróżnych roślinach, powoli penetrując każdy kąt. Znam tu każdy zakamarek, ale za każdym razem gdy tu przypływam odświeżam w pamięci każde, nawet najmniej istotne miejsce. Powoli rozkoszuję się tym, że znowu tu jestem. Nagle kątem oka dostrzegam coś dużego, płynącego tu z niesamowitą prędkością. Odwracam głowę i widzę… delfina! Kiedy znajduje się w zasięgu moich rąk, opuszkami palców głaszczę go po nosie. Delfin podpływa do mnie, a ja go obejmuję całymi ramionami. Gładzę go po jego górnej płetwie, a ten przymruża oczy. Po chwili muszę się jednak wynurzyć. Muszę się wynurzać, chociaż im dłużej pozostaję pod wodą, tym rzadziej muszę to robić. Ostatnio zaczerpnęłam oddech, około 20 minut temu. Czym prędzej wypływam na powierzchnię i wyskakuję z wody, na metr w górę. Biorę potężny wdech i po chwili jestem z powrotem pod wodą, pędząc ku mojemu delfinowi. Nagle, czuję, że coś mi się dzieje z nogami. Nie mogę ich rozłączyć. Szarpię, ale nic to nie daje. Zaczynam błądzić oczami gdzie popadnie, ręce mi się trzęsą z nerwów, nierówno oddycham. Dotarłam już do rafy, obracam głowę i… nie wierzę w to co widzę. Moje nogi są złączone! Teraz przeszedł przez nie palący ból, zaczęły się wydłużać, do moich uszu dociera chrzęst łamanych kości. Z mojego gardła wyrywa się zduszony krzyk. Moje stopy stają się coraz większe i coraz bardziej płaskie, po chwili nie można ich już wziąć za stopy. Z oczu ciekną mi obficie łzy. Moje ,,nogi” są już ogonem, po chwili porastają łuską. Z mojego różowego bikini zostały jedynie strzępy… Tak,  także jego górna część unosi się już w głębinach oceanu, za sprawą łusek, które czym prędzej porosły już i tę część mojego ciała. Nagle, w strefę za moimi uszami uderza przeszywający ból. Mam wrażenie, że płonę. Po chwili jakaś dziwna wypukłość zaczyna wyrastać mi w tych właśnie miejscach. ,,To skrzela” – zrozumiałam. Przez moje oczy przebiega dziwny chłód. Zamykam je i otwieram ponownie. Teraz widzę pod wodą o wiele lepiej. Mój wzrok dosłownie przeszywa toń wodną. Odczekuję chwilę. Już nic się więcej nie dzieje. Ostrożnie poruszam ogonem, jakby od tego czy z robię to dość delikatnie zależało moje życie. Nagle postanawiam go wypróbować. Wystrzelam jak z procy. Okazuje się, że dzięki niemu, mogę płynąć z niesłychaną prędkością. Czuję jak woda masuje mi plecy oraz chlasta po twarzy przez prędkość jaką obrałam. Śmieję się głośno. Ze zdumieniem odkrywam, że mój głos już nie ginie w wodnej toni. Słychać go równie dobrze jakbym była na powierzchni. Zawracam w kierunku rafy i po chwili jestem na miejscu. Mój delfin grzecznie na mnie czekał. Ustawia się do mnie bokiem, jakby mówił: ,,płyniesz?”. Poklepałam go po grzbiecie i nie odwracając się za siebie ruszam za nim. Nie żałuję. Płynę ku lepszemu jutru. Odchodzę z zewnętrznego świata, aby już na zawsze pogrążyć się w mojej podwodnej krainie.

niedziela, 16 grudnia 2012

Wodny Koń

Tym razem postanowiłam opublikować moje opowiadanie z przed roku, które swego czasu wysłałam na pewien konkurs... Ku mojej radości odniosło sukces :-) Proszę o wyrozumiałość, ponieważ minął zaledwie rok, ale styl pisania trochę mi się zmienił, mimo to mam nadzieję, że się wam spodoba :-)

Wodny koń

Rozejrzałam się wokół siebie, a na ustach zamigotał mi cień uśmiechu. Nic się tu nie zmieniło. Te same stare drzewa w oddali, ta sama trawa w odcieniu mięty. Szkocja, mój rodzinny dom, niezależnie czy dwa lata czy też pięćdziesiąt pozostawała niezmienna.
- Panienko Katarino czas do posiadłości pani babki. - powiedział kamerdyner Farrel.
- Mam na imię Katherine. - poprawiłam, zdumiona, że po tylu latach jeszcze nie pamięta mojego imienia.
- Wiem. Katarina to niemiecka wersja. Brzmi bardziej oficjalnie. - Farrel wypiął dumnie pierś i spojrzał na mnie jak na dziecko które ciągle pyta ,,Co to znaczy?”
- Hmm... Jak uważasz...
Farrel otworzył mi drzwi do samochodu który bardzo mi się spodobał. Był to hummer w odcieniu muślinowego błękitu. ,,Kochana babcia Gwen” - pomyślałam. ,,Zawsze wie co mi się podoba”.
W środku okazało się bardzo wygodnie. Farrel odpalił silnik, a samochód miło zamruczał. Ruszyliśmy w półtoragodzinną podróż do rezydencji mojej babci. Stęskniłam się za nią. Nie widziałam jej od ponad roku, poza tym Szkocja to moja ojczyzna, a mnie tak dawno tu nie było. Lewa noga zaczęła mi nerwowo podskakiwać, gdyż nie mogłam się już doczekać chwili w której ujrzę mój dom, babcię, a także moją najlepszą przyjaciółkę Stevie, którą zapewne zobaczę dopiero jutro bo dzisiaj spędzę czas z rodziną... Nie mogę się już doczekać.
Postanowiłam pooglądać widoki. Odkręciłam szybę, aż do samego dołu, a następnie przecisnęłam się przez otwór i usiadłam w połowie na zewnątrz, nogi trzymając w samochodzie. Złapałam się dachu hummera. Już jako małe dziecko wolałam podróżować w ten sposób. Może to dlatego gdyż, siedzenie w samochodzie wydawało mi się po prostu nudne, lub też dlatego gdyż uwielbiałam jeździć konno. Od wieku czterech lat siedziałam w siodle, a ponieważ babcia miała własną stadninę w której mieszkały prawdziwe championy, od dziecka marzyłam by kiedyś przejąć pałeczkę w rodzinnym biznesie.
Moja ukochana klacz Shadow ( na której nie mogłam się doczekać przejażdżki ) była cała czarna i miała niesamowity temperament. Na szczęście sparowałyśmy się idealnie bo gdy chciałam na niej posadzić Stevie... Moja najlepsza kumpela po pięciu minutach leżała na ziemi. Przy mnie Shadow się uspokajała, rozumiałyśmy się idealnie. To klacz andaluzyjska, więc oczywistością jest jej długa falowana grzywa i ogon. Kiedy wraz z babcią zabierałyśmy ją na wystawy mieściła się w pierwszej trójce. Powiedzmy, że była klejnotem w koronie w stadninie babci, a jej amazonką – ja. Shadow uwielbiała skakać, nie pogardziła też ujeżdżeniem, ale jej prawdziwą pasją są wyścigi. Na razie ma trzy lata, ale jak trochę jeszcze podrośnie, zamierzamy zabrać ją z babcią na Kentucky i razem zamierzamy zdobyć potrójną koronę. 
W tej chwili zdałam sobie sprawę jak bardzo mi tego brakowało... Na szczęście wracam, by już nigdy nie wyjechać na tak długo do Ameryki. 
Gdy spostrzegłam babciny dom, tak się ucieszyłam, że mało nie wypadłam z samochodu. Dla mnie niemalże pachniało domem. I końmi, ale ten zapach minie przeszkadzał.
Duży plac na którym się zatrzymaliśmy rozchodził się na trzy kamienne ścieżki: jedną prowadzącą do stajnie, drugą na łąkę, następną do lasu i ostatnią na hale treningowe i ujeżdżalnie. Wokół rosły ogromne, sędziwe drzewa w  przewadze wierzb płaczących. Na jednej z nich wciąż była zawieszona moja huśtawka na której zamierzałam się pobujać w najbliższym czasie.
Zaś największe wrażenie robił sam dom. Ogromny niczym pałac, cały w bieli z ciemnym dachem. Coś w stylu sztuki renesansu... Ozdobny, piękny, elegancki. ,,Kocham ten dom”. 
Wybiegłam z samochodu i podbiegłam do drzwi. Zanim zdążyłam zapukać lub zadzwonić do drzwi, te sami się otworzyły, a stała w nich... stała w nich... Stevie!
Nic się nie zmieniła. Te same duże, piwne oczy. Szczupła, lekko blada twarz, zgrabna sylwetka. Krótkie, blond loczki, oraz uśmiech przez który kojarzyła mi się z wiecznie wesołym szczeniakiem. 
Ja byłam niemalże jej przeciwieństwem. Miałam czarne, długie włosy niemalże do pasa, zielone oczy i ciemną karnację wyglądającą jakbym była opalona. Przynajmniej w jednym byłyśmy podobne. Obie byłyśmy bardzo wysokie.
W końcu rzuciłyśmy się sobie w ramiona. Cały czas się śmiałyśmy, a w oczach lśniły nam łzy radości. Po chwili się opanowałyśmy i wtedy przyszła babcia. 
Jej siwe włosy połyskiwały w słońcu. Jej zielone oczy były identyczne. Wykapana ja w starszej wersji. Teraz z kolei wyściskałam babcię. Potem z kolei z zwróciłam się znowu ku Stevie. Miałam jej tyle do opowiedzenia. Zaczęłyśmy gawędzić o tym jak nam się wiodło w czasie rozłąki chociaż i tak często rozmawiałyśmy przez telefon i na skypie. Ale być ze sobą cieleśnie to zupełnie co innego.
Tak więc przegadałyśmy resztę dnia, wieczoru i kawałek nocy. Na koniec udałyśmy się po wielkich marmurowych schodach do naszych pokoi które były koło siebie. Otworzyłam dzrzwi od mojego i rozejrzałam się z zachwytem. Był cały błękitny, z namalowanymi wierzbami w ciemniejszym odcieniu. Po prawej stronie leżało wielkie, białe łoże z baldachimem. A naprzeciwko wielki, biały balkon. Szybko poszłam jeszcze pod prysznic, przebrałam się w koszulę nocną i rzuciłam się na łóżko z baldachimem.

Rano, obudziłam się bardzo wypoczęta. Przeciągnęłam się i w końcu otworzyłam oczy. Powoli wstałam z łóżka i udałam się do łazienki. Po prysznicu, dokładnie wyszorowałam zęby i wróciłam do pokoju aby się ubrać. Zdecydowałam się na zieloną tunikę, czarne dżinsy i białe adidasy. Włosy zaplotłam w warkocz i związałam czerwoną wstążką.
Zwarta i gotowa ruszyłam  do stajni, po drodze zjadając kanapkę z żółtym serem i pomidorem którą zrobiłam w kuchni. Nie szłam do pokoju Stevie by wraz z nią wybrać się na przejażdżkę gdyż wiedziałam, że jeszcze śpi. Szósta rano to dla niej za wcześnie.
Gdy znalazłam się już w stajni powitało mnie radosne rżenie. To Shadow. Klacz tak się ucieszyła, że zaczęła przebierać kopytami. Podeszłam do niej i podrapałam po nosie, a potem objęłam jej szyję. Następnie szybko ją osiodłałam i nie minęło dziesięć minut, a już jechałam galopem w stronę lasu. 
Wiatr owiewał mi twarz, a ja uśmiechałam się od ucha do ucha. Zanim się spostrzegłam byłam już w sędziwym lesie i dojeżdżałam do pobliskiego jeziora. Shadow parsknęła jakby się ciesząc na moment w którym ujrzy jezioro.
Ale gdy już znalazłyśmy się na miejscu zastała nas niespodzianka. Przy stawie stał śnieżnobiały koń. Wokół niego roztaczała się jasna poświata. Jeszcze nigdy jeszcze nie widziałam tak pięknego stworzenia. Zaparło mi dech. Zeszłam z siodła i zaczęłam powoli przemieszczać się w kierunku konia. Koń niemalże uśmiechał się zachęcająco. Patrzył na mnie tak intensywnie, że na chwilę się zawahałam. W jego oczach było coś hipnotyzującego, wyglądały jak płynne złoto. W końcu wyciągnęłam rękę i pogłaskałam konia po nosie, a ten zarżał cicho. Zarzucił łbem i uklęknął. Podeszłam niepewnym krokiem i go dosiadłam. Wtedy bez żadnego ostrzeżenia koń dał susa do jeziora. W ostatniej chwili zdążyłam zaczerpnąc oddech. 
,,O Boże, to kelpie!” - przemknęło mi przez głowę. Ale przecież to niemożliwe. O kelpie słyszy się w mitach i legendach. Jako dziecko słuchałam opowiadań babci o mitycznym koniu kelpie, wrednej istocie która kusiła nieszczęsnych ludzi pod postacią niewinnego, białego konia. A więc kelpie kusiły ludzi by ich dosiadły, a wtedy zaciągały ich na dno jeziora, aż ofiary się dusiły. Wierzyć się nie chce, że padłam ofiarą jednego z tych właśnie stworzeń. To jest niemożliwe. Może to tylko mi się śni...
A tymczasem kelpie ciągną mnie coraz głębiej. Serce zaczęło walić mi jak młotem. Zdałam sobie sprawę, że to mogą być moje ostatnie chwile w życiu. Zaczynało brakować mi powietrza. ,,Już chyba dłużej nie wytrzymam”. Świetnie, po prostu świetnie. Umrę zaciągnięta do jeziora przez mitycznego konia. To brzmi absurdalnie. Proszę, proszę... Umieram, ale nadal stać mnie na ironię.
I wtedy spojrzałam w oczy konia. Może chociaż popatrzę na coś pięknego przed śmiercią. Ale te oczy nie były już pewne siebie i jednocześnie nieśmiałe. Przepełniał je żal i smutek. Czyżby ten koń żałowała tego co właśnie zrobił? Zaraz, zaraz... Czy on do mnie mrugnął? Czy jakiś mityczny koń który chce mnie udusić pod wodą do mnie mrugnął? 
I właśnie wtedy kelpie postanowił się jednak wynurzyć. Gwałtownie skręcił w przeciwna stronę od tej którą obrał na kurs, przez co ledwo się utrzymałam, uwieszona na szyi kelpie. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego się po prostu nie puściłam i nie wypłynęłam? Po chwili jednak zdałam sobie z tego sprawę. Byłam dosłownie przylepiona rękami do konia.
W tej chwili kelpie się wynurzył. Wzięłam ogromny wdech i zaczęłam gwałtownie kasłać. Puściłam szyję podwodnego dusiciela i wczołgałam się na brzeg. Ułożyłam się na boku i zaczęłam głęboko oddychać z przymkniętymi oczami.
Po chwili trącił mnie w bok mokry nos. Spojrzałam w tamtym kierunku i wrzasnęłam. Mój głos odbijał się echem wśród drzew. Kelpie stał przy mnie – jak gdyby nigdy nic. Wierzyć mi się nie chciało. Szybko się odsunęłam i dopiero potem wstałam. Koń znowu do mnie podszedł.
- Odsuń się! - powiedziałam i wyciągnęłam przed siebie rękę niby znak stopu.
- Nie bój się nie zrobię ci krzywdy.
- Taaa, jasne. Właśnie to udowodniłeś.- mruknęłam.
- Ale przecież Cię tam nie udusiłem. Choć było blisko. - koń się... uśmiechnął.
Im dalej się rozwijała nasza rozmowa tym więcej o nim wiedziałam. Okazało się, że kelpie ma na imię Angel – Anioł i był kiedyś szkockim księciem, który został zaklęty w kelpie i, że wcale nie chciał mi tego zrobić, ale ciężko panować nad instynktami kelpie, zwłaszcza w pobliżu jeziora. Jego opowieść była naprawdę fascynująca.
- A więc... Ufam Ci. - wyjąkałam.
- To dobrze – Angel się uśmiechnął.
  Ustaliłam z Angel'em, że może pomieszkać w stajni mojej babci. Grzecznie mi podziękował. Podeszłam do niespokojnej Shadow i objęłam jej wielką szyję, a następnie dosiadłam. Pogalopowałam prosto do stajni, a kelpie za mną. Żal mi było szkockiego księcia. Na zawsze uwięziony w ciele końskiego potwora. Potwora o pięknych, hipnotycznych, złotych oczach. 
Gdy dotarliśmy do stajni, rozsiodłałam Shadow, zaprowadziłam ją do boksu, a następnie udostępniłam boks tuż obok niej Angel'owi. Kelpie grzecznie wszedł do boksu.
- Angel, rozgość się. -  powiedziałam.
- Dziękuję Ci, Katherine.
Kiedy miałam już wychodzić ze stajni, zobaczyłam w drzwiach babcię i Stevie.
- Ja... wszystko wytłumaczę... - zaczęłam.
- Nie musisz kończyć, dziecko. Wiem o co chodzi. Czkałyśmy na ciebie i Angel'a aby wam pomóc...
- Ale to miał być już koniec...
- Oj, niestety nie moja kochana wnusiu. To dopiero początek.


    


poniedziałek, 19 listopada 2012

Rozdział 1 ,,Korra" kontynuacja...

Witam po dłuższej przerwie za którą bardzo przepraszam, ale wena nie sługa :-D Po dłuższej blokadzie, postanowiłam wrzucić baaardzo, baaaaaardzo krótki fragmencik, ale pomyślała, że jest to lepsze niż nic. Mam też do przekazania ważną informację: każdego tygodnia w weekend, będzie się ukazywać tylko jeden nowy post do jednego z blogów. W wyjątkowych sytuacjach będą pojawiać się na obydwu. Zwykle będę dodawać recenzję na My Bookliście, czasami jednak trafi się coś i tutaj. Takie postanowienie, ponieważ My Booklist to główny blog, ten zaś jest ,,poboczny", poza tym łatwiej przysiąść i skrobnąć recenzję niż się otworzyć i spisać coś bardziej kreatywnego. Dla tych co nie czytają tego bloga dodam też wpis na My Bookliście z najnowszą recenzją, która... szczerze nie wiem kiedy ujrzy światło dnia ponieważ czytam obecnie hobbita, za chwilę wezmę się za grę o tron która cierpliwie czeka na stole no i zostają dwie książki których obecnie nie czytam, ale zaczęłam więc kieeeedyś wypada skończyć :-D Postaram się dodać ją w tygodniu roboczym, może nawet jeszcze dzisiaj co wątpliwe, najpóźniej w weekend. A skoro aktualności już za nami to zapraszam do fragmentu :-) I pozdrawiam!


Klacz, aż się trzęsie z ekscytacji i przez to ma bardzo nierówny krok. Zawracam ją i krążę parę kółek, aż się uspokoi. Wreszcie naprowadzam ją na pierwszą przeszkodę, stacjonatę. Przeskakujemy ją bez trudu, i przejeżdżamy czysto cały parkur. Czuję się jakbyśmy latały, jakby Korra miała skrzydła. Jej czarna sierść błyszczy od potu, klacz się delikatnie zasapuje się więc po potrójnej przeszkodzie, zwalniam ją do stępa i zsiadam. Nagle dociera do mnie dźwięk oklasków. Odwracam się i widzę tatę.
- No, Katherine, widzę, że chociaż z ciebie stara wyjadaczka, jeszcze pamiętasz jak to się robi.
- Twoja krew. – odpowiadam.
- Owszem, moja krew. – kiwa głową, a ja wyprowadzam Korrę z ujeżdżalni i przeciskam się przez bramkę. Następnie prowadzę ją do słupka (tata krok w krok za mną), rozsiodłuję i wycieram spocone plecy klaczy. Prycha i zamachuje się ogonem. Gdy kończę ogólną pielęgnację, zabieram się za moją ulubioną część: grzywę. Moje palce szybko prześlizgują się po kosmykach grzywy klaczy i po chwili z rozwichrzonej grzywy zostały eleganckie koreczki, taki jakie konie noszą na konkursach. Następnie jeszcze zwijam ogon tak, że skracam go o połowę i już Korra jest idealnie przygotowana na ten upalny dzień który w większości spędzi na świeżym powietrzu, brykając radośnie wraz z innymi końmi. Tak naprawdę mogłam sobie odpuścić tą spersonalizowaną fryzurę, ale po prostu nie mogłam się oprzeć, Korze wyjątkowo ładnie w tej wersji. Teraz wygląda jak prawdziwa księżniczka nocy która zamiast szybować po niebie, znajduje się na ziemi. Prowadzę ją na wybieg i puszczam wolno, a wtedy klacz zaczyna gorączkowo biegać po zielonej trawie. Obserwuję jej zwinne kroki, wygląda na taką szczęśliwą… Wzdycham i opieram się o barierkę. Koło mnie staje tata i mówi:
- Ma piękne nogi prawda? Z galopem jej do twarzy. Nie mogę się już doczekać kiedy Cię zobaczę jak skaczesz na niej na konkursie…
- Tobie to tylko jedno w głowie, konkursy i konkursy. Kiedy tylko poczujesz ich zapach to aż szalejesz, zachowujesz się jak po wypiciu dziesięciu napoi energetycznych.
- Cóż poradzić, to moje życie, pasja, od zawsze w siodle.
- Oj, no już nie rozczulaj się – upominam go z uśmiechem.
- Katherine, czasami nie wiem co bym bez ciebie zrobił. Sam jestem już za stary na zawody, ale gdy patrzę na ciebie widzę siebie z dawnych lat.
- Oj bez przesady, nie jesteś aż taki stary. Ledwie przekroczyłeś czterdziestkę – mówię i klepię go przyjacielsko w ramię.
 - Być może…

piątek, 12 października 2012

Rozdział 1 cz.1 - Korra


Na wstępie chcę powiedzieć, że będę tu publikować dwie... książki? opowiadnia? nie wiem... Jedna z nich to jak widzicie powiesc o koniach, a druga... to coś zupełnie innego - survival horror :-) Choc fragment wciąż jest dosyć krótki to postaram się jeszcze jutro dorzucić coś dłuższego, pozdawiam i życzę miłego czytania!
 
Obracam się na pięcie i widzę uśmiechniętą twarz taty.
- Widzę, że wcześnie dzisiaj wstałaś. Ale z niewyjaśnionych przyczyn nie widziałem Cię dzisiaj w domu. Chmm… Czyżby to był przypadek?
Cały tata. Oczywiście wie, że zasnęłam w boksie Lavendy. Przyglądam mu się dokładniej. Jestem do niego tak podobna. Ma ciemne włosy i karnację oraz niebieskie oczy. Ja wyglądam jak jego żeńska, mniejsza kopia. Tata ma wyraźnie zrysowaną szczękę (uff, na szczęście to go po nim nie mam) i jest bardzo wysoki. To najweselszy człowiek na świecie, ciągle dowcipkuje (w takich chwilach myślę, że jestem jego marną kopią) i zawsze jest przy mnie. To dzięki niemu tak uwielbiam konie gdyby nie on pewnie nigdy bym ich tak nie pokochała. W młodości był znakomitym dżokejem, jednak później przerzucił się na skoki. Teraz prowadzi naszą stadninę. Jesteśmy… można powiedzieć, że wielotorowi. Hodujemy czempiony na których startuję w konkursach, zajmujemy się też rozrodem, wystawami i moimi dwoma ulubionym przedziałkami: układaniem źrebaków oraz tresurą cudzych koni. No cóż po prostu to kocham. Może wydawać się to nudnym życiem, ale mi wystarcza…  Kocham to uczucie gdy koń ci zaufa i jest w stanie zrobić dla ciebie wszystko.
Po dłuższej chwili odpowiadam:
- Przecież wiesz, że spałam poza domem.
- Taaak, przyzwyczaiłem się już, że teraz za twoje łóżko robi siano w boksie Lavendy.
- No, dobra tato, dosyć tych pogaduszek. Muszę się zająć resztą koni. – posyłam mu buziaka i wraz z Lavendą kieruję się w kierunku stajni. Ostrożnie wprowadzam klacz do boksu, a następnie ruszam do narowistej klaczki o imieniu Korra. Jest to krzyżówka konia andaluzyjskiego i duńskiego konia gorącokrwistego, maści karej a od czoła, aż do chrapów ciągnie się jej biała strzałka. Apropos, Lavenda to śliczna andalzuka. Korra jest młodziutka, kupiliśmy ją z tatą na targu hodowców dwa tygodnie temu i od tamtej pory staram się ją ładnie ułożyć. Oczywiście jest już w wieku odpowiednim do zawodów, ale sprzedawca podkreślił, że klacz jest trochę nadpobudliwa i ma małe problemy z wierzganiem. Okazało się, że Korra podnieca się niemalże wszystkim. Kiedy tylko przejdzie się koło niej, klacz zaczyna przebierać kopytami i zadziornie wachlować ogonem. Ma też brzydki nawyk kopania w boks, gdy chce zwrócić na siebie uwagę. Powoli podchodzę do jej boksu i przystaję. Czekam, aż się uspokoi i dopiero wtedy powolutku, żeby jej znowu nie pobudzić, podchodzę do jej stanowiska. Ostrożnie wyciągam rękę i gładzę klacz po nosie. Prycha, ale już się tak nie ekscytuje. Wślizguję się do jej boksu i zaczynam masaż od dolnej partii pleców. Kreślę kółeczka, nazywa się to technika T-Touch. Powili dochodzę do szyi i pnę się dalej w górę. Korra powoli całkowicie się rozluźnia, opuszcza łeb i zaczyna oddychać w miarowym tempie. Trąca moje ramię nosem, a ja uśmiecham się do niej radośnie i kontynuuję sesję. Powolutku dochodzę do jej kształtnych, kruczoczarnych uszu, a klacz opiera łeb na moim ramieniu. Obejmuję jej kark i składam pocałunek na jej połyskującej szyi. Korra parska. Następnie, wychodzę po przybory do szczotkowania i od razu zabieram się do roboty. Rozczesuję każdy drobny kołtunik na grzywie i ogonie, a potem delikatnie gładzę sierść zwierzęcia miękką szczotką. Klacz przymyka oczy i opuszcza zwykle czujne uszy. Sprawnie rozprawiam się z Budnymi kopytami i już po chwili wracam z sprzętem do jazdy. Klaczka momentalnie przechodzi transformację. Z miejsca staje się z spokojnej królowej zmienia się w rozbrykaną księżniczkę. Drepcze w miejscu i porusza pyskiem, chociaż nic nie przeżuwa. Uszy stoją jej na baczność, a oczy czujnie śledzą każdy mój ruch. Wsuwam się do boksu, zakładam jej niebieską uździenicę (nie przypomnę sobie prawdziwej nazwy) i przypinam lonżę, a następnie prowadzę klacz na zewnątrz. Maszeruję szybko, ale i tak ciężko mi nadążyć za klaczą która bardzo mocno ciągnie. Kiedy docieramy na miejsce, szybko przywiązuje klacz i zabieram się z siodłanie. Moje palce pracują szybko i rytmicznie, przeplatają się na zmianę. To zapinam popręg, to dostosowuję paski na uździe, to zakładam owijki i ochraniacze na kopyta. Przy całym tym pracochłonnym rytuale, Korra macha energicznie ogonem i co rusz rży z ekscytacji. W sumie, taki skoczny i wesoły koń pasuje do mojego stylu jazdy który określają na: ,,wrażliwy, ale zarazem konsekwentny”. Miło. W końcu, ruszam na wybieg z przeszkodami do skoków. Na początku jadę stępem, czekam, aż klaczka wyrówna krok i zacznie oddychać w miarowym… nie, wystarczy w ,,miarę normalnym” tępie. Potem przechodzę do kłusa i zataczam parę ósemek i wreszcie nadchodzi czas na galop. Po paru kółkach prędkiego i cudownego rytmicznie galopu, szczerząc zęby, ustawiam Korrę na początku parkuru. Zaczynamy za trzy… dwie… jedną… Ruszamy jak burza.

poniedziałek, 8 października 2012

Prolog - Lavenda



Otwieram oczy i przeciągam się. Jestem cała obolała. Rozglądam się i stwierdzam, że zasnęłam w boksie Lavendy. Spoglądam na bułaną (złota sierść, czarna grzywa i ogon, czarne skarpety) klacz. Odnajduję jej bladobrązowe oczy i mam wrażenie, że mówi: ,,Taaaak, wciąż tu jestem. Ale co ty tutaj robisz?”. Powoli dźwigam się na nogi i podchodzę do zwierzęcia. Rży radośnie na powitanie i trąca mnie nosem. Usta wyginają mi się w uśmiech, przytulam Lavendę.
- Dobra dziewczynka – mówię. Następnie wyślizguję się z boksu. Patrzę po pozostałych boksach. Nic się nie zmieniło. Wciąż są drewniane ze złotymi akcentami. Stajnia jest dosyć spora, mieści piętnaście stanowisk, wszystkie są zajęte. Z boksów wynurza się coraz więcej ciekawskich łbów które rżą lub prychają na powitanie. Podchodzę do kasztanki o imieniu Ruller i głaszczę ją za uchem. Następnie biegnę po przyrządy do szczotkowania i po chwili wracam do boksy Lavendy, zabierając się za szczotkowanie. Powoli szczotkuje każdy centymetr jej ciała, po chwili jej sierść przestaje być matowa i staje się jedwabista, z połyskiem. Potem dokładnie szczotkuję jej grzywę i i zaplatam warkoczyki. Jest straszny upał. Chcę zrobić koreczki, ale w końcu się rozmyślam i zostają tylko warkocze. Całuję klacz w nos i idę przyrządzić paszę wszystkim koniom. Gdy ogarnęłam już wszystkie stajenne obowiązki, ruszam do siodlarni po sprzęt. Wracam (po raz kolejny) do Lavendy i sprawnie wyprowadzam ją na zewnątrz. Następnie siodłam i ruszam na przejażdżkę. Wybieram drogę Tree Road. Jadę stępem, chłonąc świeże powietrze. Zapach drzew uderza mnie w nozdrza, a klacz parska radośnie. Spina mięśnie, gotowa do szybszego tępa. Jej krok staje się nierówny, ekscytuje się aż za bardzo.
- Ale się naczekałaś, co mała? No, dobrze, ruszaj. – szturcham klacz piętami, a ta płynnie przechodzi w kłus, a następnie w galop. Wyjeżdżamy na ogromną polanę, a Lavenda aż się trzęsie z radości. Popędzam ją jeszcze bardziej i przyspiesza jeszcze bardziej, co rusz prychając i rżąc. Biorę głęboki wdech i nakierowuję Lavendę na pobliski pień. Ma tylko pół metra, dla niej to pestka. Melodia wzbija się w powietrze i przeskakuje nad pniem ze sporym marginesem. Zawracam ją i przeskakujemy jeszcze raz. Następnie popędzam ją i galopujey przez polanę w kierunku zadrzewionej ścieżki. Cieszę się jak małe dziecko. Kiedy docieramy do linii drzew zwalniam tępo do stępa, aby klacz odpoczęła. Po piętnastu minutach popędzam ją z powrotem do kłusa i niestety już po chwili jesteśmy znowu w stadninie. Podjeżdżam do roboczego słupka i zsiadam. Zabieram się do rozsiodłania zwierzęcia, ale wtedy ktoś zachodzi mnie od tyłu.
- A mam Cię!